Catapultam habeo!

Rabanci

Rabanci

Maciej patrzył w oczy szlachcica i nie znajdował w nich niczego dobrego.

To znaczy: intencje młodziana były czyste. Wierzył we wszystko, co mówił i chyba to najbardziej przerażało Macieja. Pan Piotr Kowicki, brat słynnego Pawła miał nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Owo ćwierćwiecze przemawiało z buńczutną pewnością siebie, nieskażoną rozsądkiem, ani głębszym namyślunkiem. Oczywiście od strony czysto militarnej plan szlachcica wydawał się Maciejowi całkiem racjonalny, tylko że absolutnie pozbawiony sensu. Powstaniec zamierzał dokonać niemożliwego.

- Dobry człowieku, matka nasza, najdroższa Rzeplita wzywa – mówił Kowicki, opierając dłoń na ramieniu chłopa. – Ciebie też. Patrzaj. Ciebie, włościanina, Rząd Narodowy uczyni swoim panem. Tylko pomóż…

- Waszmość pozwoli – przerwał mu Maciej. Odsunął się na bok i wskazał szlachcicowi wejście do chaty. Siarczysty mróz musiał silnie dokuczać zwiadowcom, skoro przeszkadzał także gospodarzowi. A Maciej Smoła przespał mijającą noc na piecu, miał pełny żołądek i nie czuł w nogach kilku dni tułaczki. – Wejdź, waszmość. I poproś swoich do środka. Jadła wiele nie mam, ale odgrzeje wczorajszą polewkę.

Mróz trzymał od tygodnia, gruba warstwa śniegu okrywała małopolskie lasy. W dodatku świt zbliżał sie powoli – Kowicki obudził Smołę w najzimniejszym momencie doby, tuż po jutrzni. Szlachcic z wdzięcznością przyjął ofertę. Skinął na towarzyszy, a piątka powstańców wsunęła się do ciepłej chaty gospodarza. Ten wzdrygnął się, widząc jak niezwykłych ma gości. Za dwoma wąsatymi szlachciurami szło trzech dziwaków. Jeden z nich miał zwykłą, słowiańską twarz, ale spod futra wystawał mu mundur carskiego artylerzysty. Drugi, potężny blondyn, wydawał się przybyszem z daleka, ale i tak wyglądał znajomo, w porównaniu ze skośnookim, kulawym jeńcem, zamykającym pochód. „Tatar lub Kałmuk” pomyślał Maciej. Wszyscy trzej mieli spętane ręce.

Rodzina Smołów przywitała gości ze stoickim spokojem, nie zdradzając oznak zainteresowania. Właściwie nie obudzili się, a w każdym razie nie dali po sobie tego poznać. Tylko Kachna spojrzała półprzytomnym wzrokiem na męża i przybyszów, ale zaraz senność stępiła jej ciekawość. Maciej zaprowadził przybyszy do ławy pod ścianą, po czym ruszył ku piecowi, aby rozpalić wczorajszy żar. W kociołku zostało niewiele polewki, ale gospodarz uznał, że wraz z porcją sera i mleka owe resztki dobrze zamaskują brak prawdziwego posiłku. „Ciekawe, jak panicz przyjmie chłopską kuchnię” pomyślał i spojrzał na Kowickiego.

Pan Piotr był postacią znaną gospodarzowi ze słyszenia. Kowice leżały w powiecie Maczyńskim, dobre czterdzieści wiorst na północ, ale o rodzinie mówiono i tutaj. Ponoć młodszy z braci był utracjuszem i zakałą rodu – tak szeptano o nim przed powstaniem. Jednak rok wcześniej przerwał bawidamstwo i hulanie za pieniądze brata, wrócił do Królewstwa i zaciągnął się do oddziału. Już krótka lustracja twarzy młodego dowódcy powiedziała Smole sporo. Dawny utracjusz szybko zmężniał. Głód i żołnierskie niedole wyrzeźbiły jego oblicze i odcisnęły piętno zdecydowania. Maciej przyznawał, że młodzieńca niedoceniano. Zgodnie z przewidywaniem gospodarza, panicz zjadł strawę bez sylaby skargi, rozkoszując się niespodziewanym posiłkiem. Natychmiast po skończeniu jadła, obtarł chusteczką nienagannie przystrzyżone wąsy („Jak on je tu obcina?”), po czym surowo ocenił higienę towarzyszy. Maciej uznał, że z pana Piotra wyrodził się porządny żołnierz. Może głupi, ale odważny, a wciąż pański.

- Dobry człowieku – zaczął szlachcic. – Zaklinam cię, na Rany Chrystusa, przeprowadź nas przez bory, do Mieszanki. Za rzeką stoi mój brat i kompania powstańcza. Mamy wieści, które nasi muszą poznać. – Widząc niezdecydowanie na twarzy chłopa, dodał. – Mój brat zapłaci. Ja nie mam przy sobie…

- Panie! – przerwał Maciej chyba ostrzej niż zamierzał. – Waść nie wie co mówi. Ja bym wszystko dla naszej Ojczyzny umęczonej, ale… - Spojrzał na towarzyszy szlachcica. – Niemądrze panowie się bawią. Nic dobrego z tej ruchawki nie będzie.

- Wolność. Wolność dla włościan – powiedział Piotr. – Dyktator Traugutt obwieścił w imieniu Rządu Narodowego, że wszyscy dobrzy chłopi, co Ojczyźnie w niedoli pomogą…

- Waszmość, ja nie o sobie mówię – sapnął Maciej. – Ja z dziedzicem Wojeńskim dobrze żyję. Tylko o was mi idzie. Głupia rzecz, to powstanie. Gdybyście jeszcze włościan do walki popuścili, to może i jakowyś rezultat by z tego był. A teraz to ino zabawa… - Nagle Maciej wspomniał wymienioną nazwę. – Do Mieszanki iść chcecie? – Szlachcic kiwną głową. – To źle. Lepiej się w bór nie zapuszczać w takie mrozy.

- To ledwie dwadzieścia wiorst. Zaprowadź nas, a do wieczora będziesz w domu. – Ton powstańca drgał pomiędzy przymilną prośbą a strachem. Oczywiście młodzik nie bał się drogi, nie bał się też wojsk carskich, które według wszelkiego prawdopodobieństwa go goniły. On po prostu zdał sobie sprawę, że może zawieść brata.

- Ale chyba Waszmość nie wie… To zły las, tam, po drodze do Mieszanki. Zwłaszcza zimą, kiedy mrozy trzymają… W takie dnie zwłaszcza. - Szlachcic nie przerwał gospodarzowi nawet mruknięciem, jednak dał do zrozumienia, że rpojmuje. Maciejowi zapiekły powieki. - No tak – przerwał dawną myśl. - Teraz sobie pan pomyśli, że my to ciemne chłopstwo, co się własnego cienia boi. Pewnie pan słyszał o tych historiach i uważa mnie za tchórza…

- Nie, dobry człowieku – zapewnił Kowicki uprzejmo-nieszczerym tonem. – Rozumiem, że wypadki z zeszłego roku…

- To wilcy, panie – powiedział zdecydowanie Maciej. – Zimą się w kupy zbierają. – Szlachcic tylko spojrzał na trzy porządne karabiny, które przynieśli powstańcy. O ile samotna wyprawa przez bory rzeczywiście zdawała się niebezpieczna, dla grupy uzbrojonych ludzi nawet cała wataha nie stanowiła problemu. Oczywiście jeśli chłopów z Zapolic faktycznie pożarły zwierzęta…

- Ludzie różne rzeczy gadają – potwierdził szlachcic. – Spotkaliśmy wczoraj takich, co nawet do twego domostwa baliby się zapuścić. Mówili, że w lesie potwory mieszkają. Przeklęci ożywieńcy, co straszą w okolicy od… - W tym momencie zająknął się Kowicki, gdyż wspominanie zdarzeń sprzed niemal dwóch dekad nie było rozsądne, nawet w domu najpokorniejszego włościanina.

Owszem, ludzie gadali. Że sam Jakub Szela przybył się tu osiedlić ze swoimi kamratami. Władze cesarskie nagrodziły zbójnika, ale i wyrzuciły z granic Austrii. Więc przyszedł nad Mieszankę przeklęty morderca, a jego grzechy za nim. Mówiono, że Szela się powiesił, albo zwierzyna go w lesie pożarła. Ciała nikt nie widział, choć może to i lepiej – żaden z miejscowych księży nie pochowałby takiego zbrodniarza. I najstarsi ludzie bajali, że Krwawy Jakub nie umarł, choć nikt nie powie że żyje. Poszedł ino do lasu, wraz ze swymi zwierzom podobnymi kamratami i tam straszą lud pobożny, zabijając nieroztropnych wędrowców.

Maciej ściągnął brwi i kaszlnął. Podjął oto decyzję i to najgłupszą z możliwych, bo nie z dobrej woli, nie z ojczyny umiłowania powziętą, ale z dumy. Chciał gościowi pokazać, że nie straszne mu są powieści bab wioskowych, ani  dziecięce strachy. Rzucił okiem na śpiącą rodzinę i zdecydował, że Kachna poradzi sobie w obejściu przez dwa, czy trzy dni. Wstał, już przekonany.

- Gotuj się, Waszmość. Przeprowadzę was – orzekł, czując jednak w duchu, że robi źle. Ostatecznie, mieszkańcy Zapolic też mieli strzelby. Więcej niż trzy.

Wyszli jeszcze przed dzwonami na mszę poranną. W prostej linii od rzeki dzieliło ich mniej niż dwadzieścia wiorst, ale żaden gościniec tamtędy nie prowadził. Zapewne Kowicki i tak wolał unikać dróg, przynajmniej tych zaznaczonych na cesarskich mapach. Ruscy słali dragonów po całym pograniczu, nie chcąc by jakikolwiek oddział powstańczy przedarł się do Galicji. Opowieść o strasznym losie sąsiedniej wioski tak zamroczyła uwagę Macieja, że dopiero poniewczasie zdał sobie sprawę, jak wiele mu grozi - od oprawców jak najbardziej realnych i uchwytnych. W zależności od humoru, carscy żołdacy mogli go puścić wolno, obić lub powiesić na suchej gałęzi, za pomaganie polskim panom. Dlatego Smoła niemal z ulgą poprowadził sanie skrajem lasu, z dala od traktów, ale i z dala od przypuszczalnej pogoni.

Jechali w siódemkę. Chłop nie poznał imion dwóch pozostałych szlachciców, siedzących cicho z tyłu. Jeden z nich był lekko acz boleśnie ranny, drugi nie przejawiał chęci do rozmowy. Jeńcy okazali się znacznie bardziej przyjacielscy, choć nie mówili po polsku. Kałmuk coś mruczał wesoło w gwarze swojego plemienia, jasnowłosy olbrzym chyba go nie rozumiał, ale odpowiadał w swoim języku, co chwila uzupełniając zdania ruskimi słowami. Artylerzysta też ni w ząb po polsku nie umiał, ale gadając, śpiewnym rosyjskim potrafił zwrócić uwagę włościanina, o ile chodziło o rozstaje dróg lub podejrzane zaspy. Na wszelki jednak wypadek Maciej mówił do Kowickiego, który to rozkazywał powożącemu saniami Moskalowi. Ten wciąż miał powrozy na nogach, ale uwolniono jego dłonie. Widocznie powstańcy uznali, że jeniec i tak nie zamierzał uciekać. Pogoda była dobra – słońce leniwie wstawało, a śnieg chrupał pod kopytami konia i płozami. Dzień zapowiadał się spokojny, niestety – niezbyt długi.

- Pewnie cię to dziwi, przyjacielu… - zaczął szlachcic, łowiąc jedno ze spojrzeń Smoły, skierowane na Kałmuka - …że ci jeńcy wcale na pojmanych nie wyglądają. Tak to bywa, gospodarzu, kiedy car wciela swoich poddanych do wojska. Jurij to Moskal, język zna, do cerkwi chodzi, ale czy on ma coś przeciw Polakom? Wysłali go do Królestwa, to poszedł, ale złości na naszych w nim nie znajdziesz. A co dopiero Thomas, albo ten tutaj, mongolski gagatek, któremu ichni szamani na sabacie chrzcielnym Zaya Todo na imię dali. On się gdzieś w Azji urodził i pewnie z chęcią by wśród swoich został, ale…

- W lewo, panie – przerwał Maciej. Włościanin patrzył uważnie na drogę, szukając pewniejszego przejścia. Kowicki polecił co trzeba po rosyjsku Finowi, po czym znów spojrzał na przewodnika.

- Nie chcesz w las wjeżdżać, gospodarzu. To już trzeci raz, gdy wybierasz drogę skrajem, choć mi kompas mówi, że nie jedziemy na południe.

- Do rzeki dotrzecie, panie – odparł nieco nerwowo Smoła. – Wybraliście mnie na przewodnika, to mnie słuchajcie. Jadąc pod lasem nie wpadniemy w żadną kabałę. Sanie nie utkną i się nie zgubimy, nawet, gdy przyjdzie zawieja…

- No i wilki… - potwierdził Kowicki. Maciej skinął głową.

Wtedy zdał sobie sprawę, że jego dostojny pasażer też się boi. Nie tylko carskich dragonów, ale także lasu. Historie o masakrze w Zapolicach, mającej być sprawą zbójników-potępieńców, brzmiały mało wiarygodnie. Mimo wszystko coś zabiło trzy tuziny ludzi, nie zostawiając śladu innego, jak objedzone szkielety. Słońce świeciło na małopolski las, ale niewiarygodna cisza, pokrywająca mroźny krajobraz szeptała dziwne myśli do uszu podróżników. Maciej cieszył się, że Kałmuk mówi do niego, nawet w tym pogańskim języku. Gospodarz chyba nie zniósłby milczenia.

- Co wieziecie, Waszmościowie? – zapytał Smoła. Nie ciekawiła go odpowiedź, chciał jedynie podtrzymać konwersację.

- Nic, ino nasze głowy na karkach – odparł Kowicki. – Wpadliśmy na kolumnę carskiej artylerii, ledwie trzydzieści wiorst stąd. Porwaliśmy jedne z ich sań, od razu z trzema jeńcami, kilkoma baryłkami prochu i resztką prowiantu. Języki zawsze się przydadzą… - Spojrzał na pojmanych. – Nawet jeśli ledwo znają mowę chrześcijańską, to przecie narysują jakie armaty, czy dużo koni i wiktu mają Moskale. A ten Fin to jakiś sierżant, piśmienny i inteligentny, choć jak po rusku mówi, to go ledwo rozumiem. Zgodził się powiedzieć mojemu bratu o sile i zamiarach kolumny. On i tak będzie jeszcze dziesięć lat służył i czy u nas w niewoli je przesiedzi, czy do nas strzelał będzie, to już mu obojętne.

Jechali dalej, a Maciej poganiał woźnicę. Chmury powoli zbierały się nad horyzontem, zwiastując śnieg i zawieruchę. Włościanin obserwował niebo z niepokojem – o ile przedarcie się w zawiei do rzeki nie stanowiło problemu, to on musiał jeszcze wrócić. Nie zamierzał wybrać najkrótszej drogi, więc dom miał zobaczyć być może dopiero za trzy dni. O ile nie trafią na którąś z przeklętych watah.

- Dobrze pan strzela? – zapytał Smoła.

- Niezgorzej – zapewnił Kowicki. – Jeśli to wilki, to nie mamy się czym przejmować. Wieziemy kilka baryłek prochu. Ledwie garść wystarczy, aby przestraszyć w wszystkie basiory między Mieszanką a Wisłą. – Maciej spojrzał na dębowe beczułki i poczuł się pewniej. Trochę. – Chcesz moją flintę? Nie bój się, wracając zabierzesz wóz i wszystko, co na nim znajdziesz.

Maciej chciał zapytać, kto nauczy go obchodzić się z niebezpiecznym materiałem, skoro nie rozumiał mowy żadnego z artylerzystów. Wtedy jednak zauważył coś, co przepędziło z jego głowy wszelkie obawy wobec powrotu. Zaczął wątpić, czy w ogóle dotrze do celu. W świetle południowego słońca, z gładkiej warstwy śniegu wychylały się w górę cztery sylwetki. Ledwie widoczne na tle białej szkry, czekały.

- Obława! – syknął Kowicki, który też zauważył nieznajomych. – Ale… jak to możliwe!?

Dwaj wąsaci szlachcice porwali strzelby i wycelowali w środek pola. Jeńcy zaczęli coś mówić, ale z mieszanki trzech nieznanych sobie języków Smoła nie wyłowił niemal niczego. Jeden z wąsaczy z tyłu podszedł do Rosjanina i rozwiązał jego nogi. Następnie rzucił gospodarzowi uzyskany w ten sposób kawałek sznurka.

- Jeśli coś pójdzie źle, powiesz, że cię związaliśmy i wlekliśmy przemocą – wyjaśnił. – Właściwie, gdybyś się nie zgodził, to byśmy tak zrobili. Jurij, jedź powoli.

Następnie znów chwycił strzelbę. Sanie wciąż sunęły skrajem lasu. Kowicki dawał znaki ręką, polecając woźnicy nie zatrzymywać się. Jeśli stojących w zasadzce było tylko kilku, przebicie się nie musiało nastręczyć wielkich trudności. Jeśli las krył całą kompanię, uciekinierzy byli i tak zgubieni.

- Piotrze, strzelać? – zapytał Wąsacz. Jego ton sugerował, że uważa trafienie z trzystu kroków za niemal pewne.

- Rany Boskie! Nie! Tożto mogą być miejscowi – szepnął przywódca. Jego towarzysz skrzywił się, jakby to właśnie miejscowych chciał ukatrupić na pierwszym miejscu.

Maciej patrzył w nieruchome sylwetki i sam coraz bardziej pragnął, by strzelec otworzył ogień. Nie podobał mu się widok czterech ludzi, czekających w idealnym bezruchu, niemal zasypanych śniegiem. Wyglądali jak, martwi, zamarznięci. Pan Piotr położył dłoń na ramieniu przewodnika.

- Nie mogę dać ci mojej strzelby. Nie teraz – powiedział z autentyczną troską w głosie. – Jeśli żołnierze zobaczą, że nam pomagasz, możesz zawisnąć. – Wtedy powstaniec postanowił zadziałać. Wstał i lewą dłonią zdjął z głowy futrzastą czapę. Pomachał nią. – Szczęść Boże! – zawołał, tak głośno, jak pozwalały mu płuca.

- No to tyle, jeśli chodzi o efekt zaskoczenia – mruknął Fin. To znaczy: Maciej nie znał języka fińskiego, ba!, zapewne nigdy w życiu nie użył słowa „efekt”, ale zrozumiał intencje artylerzysty. Nie zrozumiał natychmiast reakcji carskich żołnierzy.

Ci wstali i ruszyli ku saniom. Wolnym, ale zdecydowanym krokiem zaczęli przedzierać się przez całkiem głęboki śnieg, wybierając najkrótszą i najszybszą drogę ku przybyszom. Nie kulili się z zimna, nie wymijali zasp, nie odpowiadali. Oraz, pomimo mrozu, z ich ust nie dobywała się para. Smoła nie miał pojęcia, kim są – wiedział jednak, że nie carskimi zwiadowcami.

- Stójcie! – krzyknął Kowicki.

- Panicz, strzelaj! – syknął Maciej do Wąsacza.

To co stało się potem, nie tyle zaskoczyło, co ominęło Smołę. Pan Piotr wciąż krzyczał, jeńcy zaczęli rwać więzy, aż w końcu wąsaty szlachcic strzelił. A oni wciąż szli. Huk rozniósł się po polanie, ucinając głos Kowickiego. I był to ostatni odgłos. Ciało trafionego zwiadowcy nie padło głucho na śnieg. On wciąż szedł.

- Panienko Najświętsza! – szepnął drugi z powstańców i wycelował swoją strzelbę.

Raz już trafiony napastnik zachwiał się i padł, ale pozostali nie wykazali zainteresowania tym faktem. Nadal szli, nie zmieniając trasy, nie schodząc nawet o krok z niewidzialnej ścieżki, prowadzącej ku saniom. Powstańcy już nie krygowali się obowiązkiem chrześcijańskiego pozdrowienia. Choć kapiszonowe strzelby z natury nie były zbyt szybkostrzelne, trójka panów zmieniła się działający nieprzerwanie automat. Smoła nawet nie widział, kiedy ukląkł na podłodze wozu, między uwolnionymi jeńcami i zaczął nabijać flinty. To znaczy: proch sypał Thomas, kule ładował Jurij, a gospodarz i Kałmuk przybijali stemplami. Szlachta strzelała. Maciej nie widział rezultaty kanonady, ale wnosił z jej trwania, że coś poszło źle.

Spłoszony koń sam ciągnął sanie, nie prowadzony i nie poganiany przez nikogo. Jednak jakimś niepojętym instynktem, zwierze pojęło, że musi przemóc impuls ucieczki do lasu, wciąż wciągnąć zaprzęg po otwartej przestrzeni, a tym samym dać ludziom możliwość obrony. Nie patrząc za siebie, Smoła zrozumiał, że mieli zginąć. Obciążony saniami zwierz nie mógł poruszać się szybciej niż brnący nawet przez ciężki śnieg napastnicy. A ci przecież szli nie zważając na nic, jakby biała masa wokół ich nie dotyczyła.

Nagle pan Piotr wcisnął przewodnikowi w dłonie dymiącą strzelbę. Do jej lufy przytroczono bagnet, a włościanin nie potrzebował instrukcji użycia broni. Sam powstaniec sięgnął za pazuchę i wyciągnął rewolwer. Maciej nigdy wcześniej nie widział drogiego, angielskiego wyrobu, ale zrozumiał, że w tej sytuacji niegroźnie wyglądający przedmiot może uratować im życie.

- Kłuj ich. Na śmierć – syknął Kowicki i zeskoczył z sań. Smołą nie zrozumiał, dlaczego idzie w jego ślady.

Na szczęście włościanin nie zrozumiał wielu innych rzeczy. Na przykład: czemu zakrwawieni i niemal poszarpani kulami napastnicy wciąż żyją, a w każdym razie nacierają na strzelających powstańców. Wbił bagnet w znajdującego się najbliżej obdartusa. Poczuł, jak ostrze wdziera się w ciało wroga, wcale go nie zatrzymując, jedynie zwalniając. Wtedy Kowicki doskoczył do potwora, przyłożył mu lufę do czoła i strzelił. Ku niemal zdumieniu Macieja, pocisk nie odbił się straszydła – pokraczny czerep pękł, wyrzucając fontannę czerwieni z rany wylotowej na potylicy. Upiór padł, ale na wszelki wypadek włościanin przygwoździł go do ziemi bagnetem.

Potem Smoła pamiętał krzyki, kolejne strzały, aż w końcu ocknął się z przerażającego snu na jawie. Leżał na śniegu, tuż obok martwego Wąsacza i umierającego Jurija. Pozostali celowali w las. Thomas i Zaya trzymali strzelby, Piotr rewolwer. Maciej spojrzał w bok, na rany Rosjanina i zwymiotował.

Biedak wykrwawiał się szybko i żadna ziemska siłą nie mogła mu pomóc. Z ramienia potężnego mężczyzny zniknęły co najmniej dwa funty mięsa. Rana wrzała krwią. Przezwyciężając obrzydzenie, Smoła wstał i chwycił za czapkę martwego szlachcica. Przycisnął futro do czerwonego zagłębia. Jurij odpływał w dal – nie był nawet świadomy nowej fali bólu.

- Nie dotykaj go! – syknął Kowicki. – Nie ruszaj krwi!

Była to chyba najgłupsza rada, jaką szlachcic mógł dać. Jeśli klątwa („Boże, to jest jakaś klątwa!” myślał Maciej, puszczając umierającego jeńca) przenosiła się z krwią, byli już potępieni. Walka z upiorami, szatkowanie półmartwych ciał na długość bagnetu ozdobiło wszystkich czerwonymi plamami. Drugi z powstańców miał twarz pokrytą posoką, nie wiadomo – napastników, czy towarzyszy. Wcześniej Smoła nazywał go w myślach Brodaczem, ale widząc kapiący juchą zarost szlachcica, uznał, że to zły wybór.

- Boże… co to było!?  - szeptał partyzant. – Oni się na nas rzucili… Pożerali nasze ciała, póki nie strzeliłeś.

- To sprawka Szatana – zgodził się Pan Piotr. – Ale ponieważ nie mamy tu księdza, musi wystarczyć kula w łeb. – Spojrzał na skraj lasu, a potem w dół, na wpół rozszarpane ciało Wąsacza. – Nie siłujcie się z nimi. Trzymajcie na dystans, a ja będę dobijał.

- Ale… - szepnął Maciej. Na śniegu leżały cztery ciała ze zmasakrowanymi czaskami. Napastników było czterech.

- Jest ich więcej. Idą tu – odparł Kowicki. – Gospodarzu, powozisz.

Rosjanin umarł, zanim odjechali. Wąsacza i Jurija zostawili w śniegu. Choć potworne ubytki ciała wskazywały, co zapewne czeka ofiary, żywi nie mieli wyboru. Gdzieś na skraju lasu majaczyły sylwetki kolejnych ożywieńców. Nie dyskutując, Maciej wdrapał się na wóz i pomógł wejść rannemu w nogę Thomasowi. Ruszyli w absolutnej ciszy, która dodawała zimowemu krajobrazowi dodatkowej martwoty. Smoła pogonił struchlałego z przerażenia konia. Zwierze ruszyło, chyba pogodzone z wizją rychłej śmierci. Ludzie zachowali jeszcze mniej optymizmu.

- Krwawisz – zauważył Maciej. Odwrócił się na chwilę ku pasażerom i zobaczył czerwoną plamę na kożuchu Fina. Ten zrozumiał. Lub nie, w każdym razie kiwnął smutną głową.

- Nic na to nie poradzę – mruknął zirytowany Brodacz. – Jeśli zaczniemy go teraz opatrywać, albo mu rana zmarznie, albo wda się zakażenie. A tak może dociągniemy. Chorąży Kowicki tuż za rzeką stoi. Gospodarzu, jak daleko jeszcze?

- Nie wiem, panie – odparł Smoła. – W te lasy to nawet latem się nie zapuszczam.

A pan Piotr wciąż patrzył w tył, na dziwaczne sylwetki, idące śladem sań. Upiory poruszały się powoli, ale z przerażającą konsekwencją. Wolniej niż zaprzęg, ale szybciej niż idący człowiek. Już obserwując samą minę szlachcica łatwo było prześledzić jego tok myślenia.

- Koń zaraz padnie – powiedział powstaniec. – Będziemy iść piechotą. Gospodarzu, powiedz, co wiesz o tych dziwadłach. Wszystko, nawet najgłupsze bajania starych bab.

- Nie więcej, niż pan – odparł Maciej. – Przeklęci zbóje z Galicji, co dręczeni wyrzutami sumienia do lasów zbiegli i zaczęli żyć jak zwierzęta… - Chłop zawahał się. – Ale czy tamci w ogóle żyli?

- To raczej pewne – potwierdził Kowicki. – Ci, którym rozpłatałem czaszkę, już nie wstali. A wszystkie upiory łaknęły ludzkiego mięsa. Można je… zabić. – Smoła chciał odpowiedzieć, że to jeszcze nie oznacza, by straszydła żyły. Powstrzymał jednak tę uwagę. – Jest źle. Ciężko lufę flinty przyłożyć do głowy, a mnie zostało już tylko sześć ładunków do rewolweru. Dobry człowieku… - Szlachcic porzucił swoją smutną wartę i wyciągnął zza pazuchy kawałek papieru. – Jeśli coś się stanie panu Kromackiemu, jeńcom i mnie, to ty dostarczysz meldunek mojemu bratu. Napiszę najważniejsze informacje. Moskale mają baterię dział i nie będą się przeprawiać przez rzekę. Paweł zdąży dość do Polic… - Nakreślił pośpiesznie kilka zdań i podał skrawek woźnicy.

- Widzę, że się pan przejmuje bardziej Ruskimi, niż tymi potworami – zauważył włościanin, a pan Piotr się uśmiechnął.

- Mam nadzieję, że posłali pościg, a ten natknie się na to samo, co my.

Kowicki miał słuszne przeczucie, ale pomylił się. Zwiadowcy carscy wpadli na przeklętych rabantów już kilka godzin wcześniej.

Zauważyli ich przez przypadek. Właśnie dobijali konia (który po kolejnych kilku wiorstach po prostu padł na śnieg), gdy Maciej zobaczył czerwoną plamę na bieli. Polana, którą sunęli zwężała się niebezpiecznie, więc pan Piotr nalegał by jechać dalej, ale włościanin ruszył ku śladom krwi i zaraz tego pożałował. Osiem szkieletów, odzianych w strzępy carskich mundurów, leżało na błyszczącej w promieniach zachodzącego słońca szkrze. Szkieletów właśnie. Biedacy zostali objedzeni z do czysta z wszelkich mięśni, a nawet ich wnętrzności wypruto i pożarto. Maciej czytał krwawe znaki na ziemi i zdał sobie sprawę, że żołdacy walczyli o życie.

- Idźmy – szepnął do towarzyszy. – Zanim się ściemni, mamy szansę dotrzeć nad rzekę.

- Thomas, weź proch – polecił Kowicki. – Skruszymy za sobą lód. Nie wiem, co to da, ale może zatrzyma choć kilku.

Ruszyli w drogę, a był to smutny marsz. Brodacz i Thomas byli ranni – ugryzienia przeszkadzały im w chodzeniu i groziły gorączką. Jednak ani razu, nawet aluzyjnie, pan Piotr nie podał myśli o zostawieniu towarzyszy. Z drugim szlachcicem łączyły go więzi przyjaźni, za jeńca czuł się odpowiedzialny na ten szczególny, rycerski sposób. Pozwalał więc Brodaczowi opierać się na jego ramieniu, nerwowo ściskając rewolwer w prawej dłoni. Maciej i Kałmuk pomagali Thomasowi, wlekli też za sobą dwie beczułki prochu. Zostawienie ich z pewnością przyśpieszyłoby marsz zdrowych, ale nie miało najmniejszego wpływu na tempo rannych.

- Zostawcie mnie – szepnął Brodacz, kiedy słońce dotknęło horyzontu. – I tak umieram. - Fakt, umierał. Z jego ust sączył się różowy płyn, zbyt jasny i wodnisty by być tylko krwią. Ukryte pod korzuchem rany oznaczały śmierć, a szlachcic to wiedział. – Wy zdążycie, biegnijcie do rzeki.

Thomas musiał zrozumieć przynajmniej intencję powstańca, gdyż dodał coś w swoim łamanym rosyjskim. Nie było czasu na debatowanie i sejmikowanie o konsekwencjach i moralnych okolicznościach czynu. Kowicki po prostu posadził przyjaciela na śniegu, po czym położył mu dłoń na głowie. Szepnął coś i zrobił znak krzyża. Kałmuk usadził Thomasa i wręczył mu beczułkę prochu, oraz łuczywo.

- Tak… - mruknął Brodacz, patrząc na baryłkę. – Nami się przynajmniej nie najedzą.

- Bóg z wami – szepnął Maciej. – Niech waszmość wybaczy, ale…

- Idźcie już – polecił Brodacz. – Macie niewiele czasu.

Bez zbędnych tłumaczeń trzej pozostali uciekinierzy ruszyli, tym razem bezpośrednio na południe. Weszli w bór, ale od kiedy nie ograniczał ich powóz, mogli sobie na to pozwolić. Maszerowali żwawym tempem wiedząc, że w razie nieszczęścia, towarzysze są gotowi ich zostawić – tak jak Brodacza i Thomasa. Ledwie dziesięć zdrowasiek po wkroczeniu do lasu, zbiegowie usłyszeli wybuch. Pan Piotr i Maciej przeżegnali się. Kałmuk wykonał ten sam gest chwilę później, niepewnie i nie do końca świadomie.

- Chroń jeńca – szepnął Kowicki. – On musi powiedzieć memu bratu, to co powiedział mnie. W tej samej sekundzie ostatni promyk słońca zgasł. Życiodajna tarcza do reszty skrywał się na linią lasu. – Będziemy biec – dodał szlachcic. – Nie oglądał się. Jeśli nie uda ci się doprowadzić Zayi, przynajmniej przekaż list. I powiedz mojemu bratu, aby uciekał z tej przeklętej ziemi.

- To nie ziemia jest przeklęta, panie – odparł Smoła. – To ludzie.

I wtedy Kałmuk krzyknął coś w swojej azjatyckiej mowie i ruszył do biegu. Postali nawet nie marnowali sił na spojrzenie w tył – ruszyli za jeńcem. Pościg zbliżał się bezgłośnie, gdyż upiory nie wydawały dźwięków i szły z przerażającą precyzją unikając wszelkich przeszkód. Dopiero po kilku zdrowaśkach Smoła zdobył się na ruch głową. Kątem oka zobaczył kilkanaście przeklętych sylwetek oraz pana Piotra, zostającego z tyłu. Zapłakał w duszy.

Nie był tchórzem, ale cóż mógł poradzić wobec tych potworów? Wciąż trzymał karabin – teraz rzucił go na śnieg i przyśpieszył. Nie potrafił strzelać tak dobrze jak szlachcic, a swoim bagnetem nie zdołałby zakłuć nawet pojedynczego odmieńca. Nie chciał zostawiać odważnego powstańca, jednak musiał. „Boże, wybacz! List, mam dostarczyć list. A potem wrócić do Kachny i dzieci…” Chłop cieszył się dobrym zdrowiem i krzepą. Biegł znacznie szybciej niż wyczerpany głodem i trapiony reumatyzmem powstaniec. Kowicki nie miał szans, a Smoła wciąż…

- Ostrzeż go! – krzyknął pan Piotr i zatrzymał się.

Maciej nie widział sceny, ale wyobraził ją sobie w każdym, nawet najbardziej przerażającym szczególe. Oto powstaniec przystaje, zwraca się ku napastnikom i czeka z wyciągniętą bronią. Upiorów jest ponad tuzin, w jego bębenku ledwie sześć kul. Wie, że zginie, nie zabijając wszystkich wrogów; chce jednak zabrać ze sobą jak najwięcej odmieńców. Strzela.

Maciej usłyszał sześć strzałów, ale nie wiedział, ile z nich trafiło celu. Po owej kanonadzie, las przeszył rozpaczliwy krzyk powstańca, a potem uszy Smoły wypełnił przerażający dźwięk rwanego zębami mięsa. Choć wydawało się to niemożliwe, włościanin przyśpieszył. Od tamtej chwili każdy oddech kłuł płuca uciekiniera, ale ten nie zważał na ból. Nie zważał też na wciąż żyjącego towarzysza, który biegł tuż za nim. Maciej był zbyt przerażony nawet na modlitwę.

Do rzeki dotarł może przed północą. Poślizgnął się na wygładzonym wiatrem lodzie i padł na mroźną taflę. Tam postanowił umrzeć. Jednak z marazmu wypchnęła go kolejna fala zwierzęcej paniki. Oto z ciemnego lasu wyłoniła się sylwetka. Postać szła powoli, nienaturalnie stawiając kroki. Maciej wsparł się na rękach, ale znów upadł, zdradzony przez lód. Wtedy dopiero zauważył beczułkę, ciągniętą przez Kałmuka.

- Zaya! – krzyknął, wybuchając łzami ulgi. Jak się okazało, mocno przedwczesnymi.

- Ty iść – zachrypiał Azjata. – Ja nie iść już. – Smoła zauważył, że mężczyzna skręcił kostkę. Skoro dotarł tak daleko, wypadek musiał zajść nie dalej niż wiorstę stamtąd. Włościanina przeraziła ta ironia losu – skazać się na śmierć tuż przed wybawieniem.

- Zaya, za rzeką jest pan Paweł! – zapewnił z nadzieją Maciej.

- Ty iść, ja zatrzymać – odparł Kałmuk. Wskazał na beczkę prochu.

- Niech Bóg wszechmogący cię przyjmie do siebie – wybełkotał chłop. – Jesteś w ogóle ochrzczony? – zapytał na wszelki wypadek.

Zaya zrozumiał słowa lub intencję, w każdym razie wyciągnął spod kożucha srebrny krzyż. Obok świętego symbolu Maciej zauważył też dziwaczny korzeń, króliczą łapkę i jakiś szatański kształt, ale napełniony ekumeniczną intuicją zignorował pozostałe dewocjonalia.

- Dziękuję! – powiedział i ruszył biegiem przez rzekę.

Zaya zaczął cierpliwie pełznąć po lodzie, aby dotrzeć jak najdalej. Czekał do ostatniej chwili, aż odmieńcy wejdą na zmarzlinę, a Maciej znajdzie się w bezpiecznej odległości. Potem sięgnął ku krzesiwu i cichą doliną Mieszanki targnął ryk eksplozji. Skruszony lód ruszył, a poszarpane szczątki żołnierza i kilku upiorów zniknęły w ciemnej wodzie.

Oczywiście, że mu nie wierzyli. Smoła sam sobie nie wierzył. Chcieli go zabić, ale on na to nie zważał. Czuł wręcz ulgę, że zimno i strach się skończą. Dlatego witał furię Pawła Kowickiego z pełną wyrozumiałości obojętnością.

- Zdrajco! Judaszu! Sprzedałeś ich Moskalom, a teraz i do nas przyszedłeś po nagrodę! – potężny szlachcic stał przed związanym Maciejem i co chwila uderzał pojmanego w brzuch. Ostatecznie któryś z podwładnych powstrzymał wodza przed zmasakrowaniem kuriera. – Zabiłeś mi brata! Wydałeś go! Psie plemię! Po tym coście w czterdziestym szóstym zrobili, powinni was wszystkich powywieszać i sprowadzić jakąś dzicz z Syberii. Wierniejsza by była niż wy, gnidy. Na gałąź z nim! – rozkazał.

Kowicki był okrutnym człowiekiem, ale nie miało to nic do rzeczy, przynajmniej tamtej nocy. Szlachcic, kiedy tylko zobaczył list w ręku obdartego posłańca, domyśli się, że jego brat nie żyje. Zamroczony gniewem umysł bardzo opacznie zrozumiał rolę Smoły w całym zajściu, a kiedy chłop zaczął gadać coś o pożerających ludzi potworach, wódz postanowił go powiesić. Tak dla przykładu. Tak, ze strachu, na wszelki wypadek. Swoim ludziom powiedział, że szaleniec wydał oddział Piotra Moskalom, ale przyniósł list, w nadziei na nagrodę od drugiej strony. Słysząc tę absurdalną historię, Maciej wybuchł śmiechem, co poczytano za potwierdzenie winy. Włościanin nadal się śmiał, gdy zakładano mu pętlę na szyję.

Ale pan Paweł posłuchał przedśmiertnej rady brata – ruszył w nocy wzdłuż rzeki, ku Policom. Może szkoda, że nie spojrzał znów na szubienicę. Oto rankiem ciało biednego Macieja Smoły wciąż wisiało na postronku, ale już objedzone z wszelkiego mięsa, wyczyszczone do kości.

 

Adam Podlewski

Czerwiec-Lipiec 2009


Komentarze (4):


10 kwietnia 2012 17:07 Wojo pisze:
0 [0] [+] [-] Odpowiedz
Człowiek człowiekowi wilkiem
10 kwietnia 2012 17:07 Wojo pisze:
+2 [2] [+] [-] Odpowiedz
a zombi zombi zombi
10 kwietnia 2012 17:09 Wojo pisze:
0 [0] [+] [-] Odpowiedz
Słowo "znajdywał" na początku razi trochę... Nie jestem przekonany, czy jest poprawne - może, drogi Autorze, zmień na "znajdował"?
Na marginesie - jak często planujecie zamieszczać nowy tekst? Na "Grzędzie" widzę nowości mniej więcej co 1-2 dni, ale chodzi mi o same opowiadania (te dwa ostatnie przegapiłem w czasie świąt).
Pozdrawiam!
W.K.
10 kwietnia 2012 18:25 A. Podlewski pisze:
0 [0] [+] [-] Odpowiedz
Dzięki!
Co do nowości... ha, wiele zależy od Czynników Wyższych, ale także od odzewu fanów ;)
Z resztą zapraszam do Surowizny, można wydajnie wspomóc proces...

Skomentuj:

Pozostało znaków: 30000. Możesz używać znaczników HTML: <b>, <u>, <i>, <blockquote>, <spoiler>



Kod sprawdzajacy Odśwież kod
A fructibus eorum cognoscetis eos
  WTF Wykrot